Kobietę, która szła do wytkniętego przez siebie celu niezwykle wytrwale, z niebywałym uporem. I chyba nie przypadkiem do jej właśnie rąk trafił pierwszy powojenny tytuł mistrzyni świata.
Tamte, mistrzostwa w Bazylei sprzed 24 lat, nie były tak okazałe jak dzisiaj. Rozgrywano je przecież zaledwie w parę lat po wojnie. Ale w pamięci Heleny zachowały się one jako mistrzostwa wspaniałe. Drużyna prezentowała się doskonale. Nowe kostiumy, leżące „jak ulał" na zgrabnych sylwetkach Polek, znakomicie podbudowywały samopoczucie pań. Czuły się raźniej, pewniej, lepiej. „Jak wszystkie kobiety w nowym, eleganckim stroju, w którym jest im do twarzy - wspomina.
- Nie wszyscy przecież zaraz musieli wiedzieć, że przy ich szyciu zastępowałyśmy mistrzynie igły. To dobre samopoczucie też chyba przyczyniło się do sukcesu.
Lipiec 1950 roku był w Szwajcarii deszczowy. 'Nie jednak - nawet pogoda - nie mogła popsuć naszej „pogody ducha". Miłe powitanie, pierwsze sympatyczne wrażenia. PoAilku godzinach wszystko przesłonił trening. Był przecież najważniejszy. Starałyśmy się ćwiczyć w skupieniu. Nie należało to jednak do rzeczy najłatwiejszych. Przeszkadzali kibice, działacze, dziennikarze. Każdy patrzył uważnie na nasze poczynania. Zaczynano już mówić o szansach... | |
|