Jest w tych tezach dużo racji, ale tym bardziej warto oddzielić od niej to, co stanowi pomieszanie pojęć, i łatwo może doprowadzić do fałszywych wniosków.
Dyskusja co prawda jest niełatwa, bo atakując elitaryzm artystyczny Kisiel znajdzie mnóstwo różnego kalibru popleczników, nie tylko wśród osób, które po prostu uważają ąztuJłę„,z£_^nas0W^iu^
ność", a wszelkie próby głębszego spojrzenia na tę sprawę wyrzucają za ^przyTETadem Kisiela do lamusa romantyzmu czy młodopolszczyzny. Przekonani do niektórych słusznych tez Kisiela/ nie wszyscy dostrzegą gmatwaninę wątpliwych przesłanek jego rozumowania. Skrajni tradycjonaliści i naiwni społecznicy zgodnie - choć z różnych powodów - przyklasną ironicznym uwagom o proustyzmie i joycyzmie. Aplauz dadzą Kisielowi również ludzie, których w zasadzie sztuka nie interesuje, a chcieliby tylko poczytać sobie czasem do poduszki lub złapać w radio coś do słuchu. Mają do takich upodobań wszelkie prawo, ale nie interesując się sztuką nie powinni na jej temat wygłaszać kategorycznych sądów. Tymczasem felietony Kisiela dodadzą im otuchy w tym kierunku. Pominą margines, zostawiony łaskawie dla Camusa czy Rudnickiego, i powiedzą: „A nie mówiliśmy. Po co te picassy i jakieś wierszydła bez rymów, kiedy sam Kisiel twierdzi, że sztuka, to rozrywka "dla lnal?>
Do takich samych wniosków dojść mogą organizatorzy, dla których wystawa obrabiarek, wystawa psów rasowych i wystawa obrazów różnią się tylko pod względem metrażu i kalkulacji kosztów. Jeśli sztuka jest rozrywką dla mas - powiedzą sobie - a pieniędzy jak wiadomo nie ma na wszystko i trzeba wybierać, to oczywiście ryczący głośnik będzie miał absolutną przewagę nad jakimś tam niezrozumiałym malarzyną, a Ostatnim akordom trzeba na ekranach dać pierwszeństwo przed La Stradą. | |
|